„Burmistrz nie jest od wszystkiego” – trudno się z tym nie zgodzić.

Nie naprawia osobiście asfaltu, nie maluje pasów, nie projektuje chodników i nie kieruje koparką.
Tylko że chyba nikt rozsądny tego od burmistrza nie oczekuje.
Mieszkańcy oczekują czegoś znacznie prostszego: żeby tam, gdzie gmina odpowiada bezpośrednio – działała skutecznie, a tam, gdzie decyzja należy do powiatu, województwa czy GDDKiA – jasno pokazała, co zrobiła, kiedy zrobiła i jaki osiągnęła efekt.
I tu zaczyna się problem z tekstem „Burmistrz nie jest od wszystkiego”.
Bo dostajemy bardzo długi opis tego, jak funkcjonuje administracja. Dowiadujemy się, że istnieją drogi krajowe, wojewódzkie, powiatowe i gminne. Że urzędnicy przygotowują dokumenty. Że piszą wnioski. Że prowadzą uzgodnienia. Że czasem gmina dokłada pieniądze.
Wszystko się zgadza.
Tylko właściwie… gdzie są konkrety?
„Szukamy montażu finansowego”.
Dobrze. Ile dokładnie pieniędzy przekazano w ostatnim roku na drogi, które nie są gminne? Na jakie zadania? Jakie były koszty całkowite?
„Przygotowujemy dokumentację”.
Świetnie. Dla ilu inwestycji? Za ile pieniędzy? Ile z tych projektów zostało później zrealizowanych, a ile nadal czeka?
„Pukamy do skutku”.
To już brzmi niemal heroicznie.
Tylko mieszkaniec raczej nie potrzebuje informacji, ile razy ktoś zapukał do drzwi starostwa, urzędu marszałkowskiego czy GDDKiA.
Potrzebuje wiedzieć:
kiedy wysłano pismo,
czego konkretnie zażądano,
jaka przyszła odpowiedź,
kto podjął decyzję,
kiedy inwestycja zostanie wykonana.
Bo pismo jest czynnością. Nie rezultatem.
Podobnie z całym fragmentem o „cichej, codziennej pracy pracowników Urzędu Miejskiego”.
Analiza ksiąg wieczystych, przygotowywanie dokumentacji, wniosków, pozwoleń i uzgodnień rzeczywiście wymaga pracy.
Tyle że właśnie do wykonywania tej pracy istnieje urząd.
Urzędnik przygotowujący dokumentację nie jest czymś nadzwyczajnym. Tak samo jak księgowa prowadząca księgowość czy nauczyciel prowadzący lekcję.
To obowiązek wynikający z funkcji, a nie sukces sam w sobie.
Jest jeszcze jedna rzecz.
W tekście bardzo mocno podkreśla się, że mieszkaniec nie powinien zastanawiać się, czy droga jest gminna, powiatowa czy krajowa.
Z punktu widzenia mieszkańca – zgoda.
Z punktu widzenia odpowiedzialności władz – wręcz przeciwnie.
Powinniśmy dokładnie wiedzieć, kto odpowiada za daną drogę.
Bo jeżeli jest gminna, burmistrz nie musi „pukać do skutku”. To właśnie burmistrz jest jej zarządcą.
Jeżeli jest powiatowa – odpowiada powiat.
Jeżeli krajowa – GDDKiA.
Gmina może pomagać, współfinansować, projektować i naciskać. I dobrze, jeśli to robi.
Ale nie mieszajmy odpowiedzialności z pośrednictwem.
Bo inaczej bardzo łatwo stworzyć wygodny system, w którym przy inwestycji zakończonej sukcesem wszyscy są jej autorami, a kiedy inwestycja stoi – zawsze można przypomnieć mieszkańcom, że „formalnie to nie nasza droga”.
Dlatego zamiast kolejnego wykładu o strukturze administracji przydałaby się zwykła tabela.
Droga.
Problem.
Kto odpowiada.
Kiedy gmina interweniowała.
Ile pieniędzy przeznaczyła.
Jaka była odpowiedź.
Co zostało wykonane.
Co nadal czeka i dlaczego.
Wtedy mieszkańcy naprawdę mogliby ocenić skuteczność.
Bo burmistrz rzeczywiście nie jest od wszystkiego.
Ale od przedstawienia mieszkańcom konkretów, terminów, wydanych pieniędzy i rezultatów swojej pracy – już jak najbardziej.
